Polacy – naród na skraju?

 

Czy obecne podejście Polaków do Państwowości, wolności i praw obywatelskich jest zdrowe? Czy jako naród jesteśmy na tyle silni, by kierować losami i prawem w skali makro? Czy wreszcie, jakkolwiek ostro to brzmi, zasługujemy na suwerenność? Na te trzy pytanie postaram się odpowiedzieć, oczywiście w zgodzie ze swymi poglądami i sumieniem, w niniejszym artykule. Zapraszam do lektury.

Na początek chciałbym podkreślić wszystkim czytelnikom kilka faktów. Jestem patriotą, kocham naszą kulturę, cenię i jestem wdzięczny za naszą historię, doceniam poświęcenie, często najwyższe, ze strony naszych przodków. Proszę zatem czytać i rozumieć niniejszy tekst pod kątem tego, co napisałem w poprzednim zdaniu. Nie jestem antypolakiem, lewicowcem wojującym o międzynarodowy socjalizm itp. itd. Po prostu jestem nieco zatrwożonym i zniesmaczonym rzeczywistością patriotą, który pamięta i ceni wielkość tego narodu, a pamiętając to, stara się porównać i wyciągać wnioski w zderzeniu z teraźniejszością. O tym zresztą chcę dziś pisać.

W związku ze zbliżającymi się wyborami do europarlamentu, przyglądam się opiniom Polaków przedstawianym w różnych sondażach, wywiadach i innych danych ilościowych, także na przestrzeni kilku ostatnich lat. Dane te są przerażające. Frekwencja wyborcza podczas wyborów parlamentarnych oscyluje w granicach 50%, w przypadku europarlamentu jest to przedział od 20% do 30%. Jedynym zaś pozytywem, jaki dostrzegam, pewną tendencją, wynikającą ze sondaży, jest fakt zwiększającego się poparcia Nowej Prawicy, co dla mnie, jako ich… względnego (?) zwolennika jest zmianą na lepsze. Wyrwaniem się z dubeltówki wyborczej PO vs PiS, którą z takim zapałem narzucają nam media.

Cóż zatem te dane procentowe dla mnie znaczą? Pierwsza myśl, jaka mi przychodzi, to: „Czy Polacy zdają sobie sprawę, czym jest brak udziału w głosowaniach wyborczych?”. Osobiście sądzę, że nie zdają sobie sprawy. Mało tego, nie zdają sobie sprawy z istotności tego prawa obywatelskiego, a także z poświęceń, jakie zostały złożone, by ową wolność oni posiadali. Jeśli chodzi o moje podejście względem ludzi, którzy tak łatwo i beznamiętnie z tego prawa rezygnują, to… po prostu jest mi ich żal, a także napełnia mnie to dość sporą goryczą. Dlaczego? Choćby dlatego, że owe prawo do głosowania, do ustalania demokratycznie wybranych władz, było niejednokrotnie tak pożądane przez miliony naszych przodków, którzy na szali gotowi byli postawić swoje własne życie, by tę wolność wywalczyć. Kim zatem są współcześni, którzy mówią „i tak nie ma na kogo głosować”? No tak, najłatwiej zaspokoić swoje, wątpliwe zresztą, sumienie taką pierdołą. Otóż jest na kogo głosować, a jak uważasz inaczej, to rusz swe cztery litery i choć postaraj się to zmienić. Jak? Dawniej ludzie przejawiali ogromny zmysł i staranność, jeśli chodzi o zrzeszanie się w grupy o ustalonych wspólnych celach, czy poglądach. Sądzę, że właśnie dlatego, że nie mieli tych praw, które my mamy obecnie. Dziś po prostu się wszystkim w dupach poprzewracało. Potrafią nadzierać się na ulicy, jak jest mecz lokalnej drużyny, walczyć o prawo do eutanazji, aborcji i innych pomniejszych kwestii społecznych, walczyć o dwa zbite ze sobą kawałki drewna ustawione w miejscu publicznym, o rozgłośnię radiową, o wolność masturbacji przy ulubionych pornosach, zaś gdy chodzi o kwestie poważne, jak gospodarka, służba zdrowia, system emerytalny, bezrobocie, jawią się ci ludzie jako upośledzone, nic nie wiedzące, mające absolutnie zerowe pojęcie bydło, które potrafi, niczym modlitwę powtarzać „i tak nie będzie lepiej”. Otóż drogie bydlęta, czy jesteście naprawdę tak ograniczonymi ssakami, które potrafią mieć własne zdanie w kwestiach, których poznanie zajmuje kilkanaście minut, czy naprawdę pomiędzy wklejeniem kolejnego zdjęcia swojego jakże przepięknego posiłku, nie możecie zainteresować się dla odmiany czymś, co ma znaczenie? Nie twierdzę, że wklejanie zdjęć jedzenia, kotów etc., jest w istocie czymś złym, jednakże warto by było pomyśleć także o innych zajęciach. Czy naprawdę multimedia wyżarły jakąkolwiek, jak wierzę, wrodzoną człowiekowi potrzebę wiedzy i rozwoju na rzecz trzaskania fotek w windach, na schodach, mostach, śmietnikach i innych debilnych miejscach? Widocznie tak, czego idealnym obrazem jest system tak zwanego „lajkowania” na FB. „Napisz, że się wysrałeś i schudłeś o 3kg, staniesz się społecznościowym bogiem” (– Dziękuję Bartoszowi Karpińskiemu za ten wspaniały przykład, chylę czoła). Napisz, że martwisz się czy będziesz miał co jeść na starość, może dwóch rozmówców podejmie temat? Broń Boże nie wylewam tutaj swoich żalów. Cenię sobie jednego obytego rozmówcę bardziej, niż tysiące lajków ze strony osób, które nie mają swojego zdania. Ostro? Owszem ostro. Nie celuję tutaj w nikogo, bowiem uważam, że każdy sam powinien zadać sobie takowe pytanie, czy część z powyżej opisanych kwestii dotyczy mojej osoby?

Schodząc trochę z tego pełnego goryczy tonu, stwierdzam, że obecnie nasz naród nie jest grupą, która może się szczycić. Oczywiście, jestem ogromnie dumny, gdy słyszę o polskich wynalazkach, o nowych ruchach społecznych, o osiągnięciach naszych sportowców, mimo, iż sportem się nie interesuję. Dlaczego? Bo wiem, że niezależnie od dziedziny, ludzie Ci włożyli ogromny wysiłek, by odnieść sukces, by móc się cieszyć swoimi osiągnięciami, a przy okazji nadać powód do dumy dla swych rodaków. Nie wymagam niczego, od nikogo. Uważam, że każdy powinien sam zadecydować o tym, czy chce się w jakikolwiek sposób rozwijać. Jeśli stwierdzi, że chce, gratuluję. Tylko wyrażam swoją opinię.

Zszedłem nieco z tematu, spójrzmy zatem znów na kwestie wyborcze. Czy naród, którego połowa ma gdzieś, łagodnie mówiąc, losy swojego kraju zasługuje na suwerenność? Każdy z Was musi odpowiedzieć sobie sam. Nie chcę być tutaj czynnikiem decydującym, jednakże sam fakt stawiania takiego pytania wzbudza we mnie pewne wątpliwości. To czy obecne podejście jest zdrowe, jak spytałem na początku mojego wywodu, wywnioskujecie z pewnością sami, choćby po tonie tego artykułu. Jako naród uważam, że jesteśmy obecnie słabi. Potrafimy śmiać się z innych, nazywając Amerykanów idiotami, podczas, gdy u nich ani jednej książki rocznie nie czyta 25% społeczeństwa, a u nas… ponad 60%. Któż tu jest takim idiotą? Oczywiście istnieje wiele materiałów wideo ośmieszających Amerykanów, jednakże z ogromną łatwością można to samo zrobić z Polakami, a także większością współczesnych narodów. Pokolenie informacji, czy pokolenie głupoty? Po raz kolejny odpowiedź pozostawiam Wam, moi drodzy.

Na jedno pytanie jednak odpowiem, mianowicie na te, które postawiłem w tytule niniejszego artykułu. Czy Polacy są narodem na skraju? Tak, zdecydowanie są. Jesteśmy grupą skłóconych ze sobą, nienawistnych burzycieli, którzy więcej energii poświęcają mało istotnym zjawiskom, zamiast wykorzystywać ją, by zaprowadzić lepsze jutro dla następnych pokoleń. Ach, cóż za patos. Na koniec, tradycyjnie, cytat dający do myślenia, tym razem od pewnego Polaka, który dla wielu z Was jest kimś naprawdę wielkim, dla mnie nie w każdym względzie, jednakże zgadzam się z nim w pełni:

„Niech wspa­niałe świadec­twa miłości Oj­czyz­ny, be­zin­te­resow­ności i he­roiz­mu, ja­kich ma­my wiele w naszej his­to­rii, będą wyz­wa­niem do zbioro­wego poświęce­nia wiel­kim na­rodo­wym celom.”

– Karol Wojtyła

 

Reklamy

Ogród słów. Miłość, tęsknota, sztuka.

                Dzisiejszy wpis będzie nieco nietypowy, biorąc pod uwagę dotychczasową tematykę mojego bloga, jednakże prawdziwa sztuka zasługuje na uznanie. Uznanie, jakie postaram się przelać w postaci literek, w tym oto artykule. Miłość, deszcz, pragnienia, nadzieje, piękno i emocje tak pełne, że nie mogą nie urzec. Zapraszam do lektury.

                Dziś dane było mi obejrzeć kolejną animację z warsztatu wspaniałego Makoto Shinkai. Tak, jest to anime – które niektórym kojarzy się wyjątkowo źle z racji tego, że gatunek ten jest tak szeroki, jak sama kinematografia. Porównanie wydaje mi się trafne, ponieważ twory tego typu mają różny poziom intelektualny, graficzny, artystyczny, a czasami wręcz są tak porąbane, że dla przeciętnego Europejczyka wydadzą się surrealistyczne. W przypadku Makoto Shinkai jest zdecydowanie inaczej. Człowiek ten jest mistrzem wzbudzania określonych stanów uczuciowych, za pomocą jego wspaniałej formy przekazu, jaką jest film animowany. Broń boże nie kojarzcie tego z bajką, czy czymś równie degradującym poziom tej formy sztuki. To jest sztuka przez duże S. Dla kogo jest kierowana? Dla dojrzałego odbiorcy, który gotów jest odciąć się od rzeczywistości na te niecałe 46 minut, oddać uwagę, serce i rozum, rozkoszując się tym, co widzi na ekranie. Tak, to nie jest zwykły zachwyt, porównywalny do czegoś, co czujemy po dobrym filmie.

                Ów twór, który obejrzałem zwie się The Garden of Words. Trwa wspomniane 46 minut, podczas których doświadczymy szerokiego spektrum uczuć i wrażeń. Począwszy od zachwytu pięknem natury, przez detale, których Makoto jak zwykle nie szczędzi, aż po sam wątek fabularny, opowiadający o zakazanej miłości między uczniem a nauczycielką. Po raz kolejny Shinkai serwuje smutną historię, która kończy się… Nie, tego Wam nie zdradzę, żadnych spoilerów. Wydawałoby się wręcz niemożliwe, że animacja może dostarczyć tak głębokich wrażeń, które bardzo rzadko powodowane są przez nawet najlepsze filmy, z najlepszymi aktorami. Tak, do tej pory w to nie wierzę, mimo iż każdy twór mistrza o tym z całą pewnością zaświadcza.

                Nie jestem maniakiem anime, nie będę porównywał tutaj Ogrodu Słów do innych animacji. Mało tego, nie znam się na tym za dobrze. Mimo to, z niecierpliwością czekam na twory M.S. Nigdy się nie zawiodłem i mam nadzieję, że nigdy to się nie stanie. Człowiek ten potrafi pokazać dążenie do realizacji, pragnienie tak silne, że jeśli nie podążymy za nim, odczujemy, jakby ktoś wyrywał nam serce. Cóż bardziej ogłupia człowieka, steruje nim w większy sposób, jak nie pragnienie? Nawet jeśli pragniemy rzeczy zakazanych, z rozumowego punktu widzenia wręcz nierealnych, to dopóki nie podążymy za sercem, nie zaznamy spokoju. Shinkai jest królem wywoływania smutku i przede wszystkim tęsknoty. Tęsknoty powodowanej przez rzeczywistość, która może nas ograniczać nawet tak zwykłym wydarzeniem jak deszcz… czy jego brak. Dwoje ludzi, spotykających się w parku za każdym razem, jak pada deszcz. Ona ma 27 lat, on 15. Co ich łączy? Trudno powiedzieć. Nie wiedzą przez większość czasu o sobie praktycznie nic. Łączy ich spędzanie wolnego czasu w deszczowe dni. Niezobowiązujące, lekkie, pełne wzajemnego rozumienia i rozwoju. On jest dla niej lekiem, ona zagadką, która wciąga go coraz bardziej. Z dwojga nieznajomych do zakochanych tak mocno, że bardziej się nie da. To tyle odnośnie fabuły.

                Naprawdę trudno ubrać w słowa to, co powoduje Makoto Shinkai u swoich widzów. Jest on niczym bardzo wnikliwy psycholog, humanista, który zna się na uczuciach, interakcjach międzyludzkich, który ukazując detale i z pozoru niezwiązane z niczym kadry, wsysa widza w świat przedstawiony. Ponadto utożsamianie się, wczucie się w sytuację, w jakiej znajdują się bohaterzy następuje tak szybko i automatycznie, że już od pierwszych minut nie można oderwać wzroku od telewizora. Immersja jest niesamowita, głęboka i wspaniała, bo dzięki niej czujemy to, co bohater, widzimy świat jego oczyma i doznajemy wrażeń zbliżonych do niego. Nie wiem, kiedy poza filmami Makoto Shinkai tak czułem, być może nigdy. Jest to artysta jedyny w swoim rodzaju, artysta doskonały.

                Nawet, jeśli nie lubisz anime, nie ważne, obejrzyj Ogród Słów. Animacja warta tysiąca filmów, emocje warte tysiąca książek, wspaniały pomysł na spędzenie 46 minut życia, czując w pełni.

The Garden of Words…