Polacy – naród na skraju?

 

Czy obecne podejście Polaków do Państwowości, wolności i praw obywatelskich jest zdrowe? Czy jako naród jesteśmy na tyle silni, by kierować losami i prawem w skali makro? Czy wreszcie, jakkolwiek ostro to brzmi, zasługujemy na suwerenność? Na te trzy pytanie postaram się odpowiedzieć, oczywiście w zgodzie ze swymi poglądami i sumieniem, w niniejszym artykule. Zapraszam do lektury.

Na początek chciałbym podkreślić wszystkim czytelnikom kilka faktów. Jestem patriotą, kocham naszą kulturę, cenię i jestem wdzięczny za naszą historię, doceniam poświęcenie, często najwyższe, ze strony naszych przodków. Proszę zatem czytać i rozumieć niniejszy tekst pod kątem tego, co napisałem w poprzednim zdaniu. Nie jestem antypolakiem, lewicowcem wojującym o międzynarodowy socjalizm itp. itd. Po prostu jestem nieco zatrwożonym i zniesmaczonym rzeczywistością patriotą, który pamięta i ceni wielkość tego narodu, a pamiętając to, stara się porównać i wyciągać wnioski w zderzeniu z teraźniejszością. O tym zresztą chcę dziś pisać.

W związku ze zbliżającymi się wyborami do europarlamentu, przyglądam się opiniom Polaków przedstawianym w różnych sondażach, wywiadach i innych danych ilościowych, także na przestrzeni kilku ostatnich lat. Dane te są przerażające. Frekwencja wyborcza podczas wyborów parlamentarnych oscyluje w granicach 50%, w przypadku europarlamentu jest to przedział od 20% do 30%. Jedynym zaś pozytywem, jaki dostrzegam, pewną tendencją, wynikającą ze sondaży, jest fakt zwiększającego się poparcia Nowej Prawicy, co dla mnie, jako ich… względnego (?) zwolennika jest zmianą na lepsze. Wyrwaniem się z dubeltówki wyborczej PO vs PiS, którą z takim zapałem narzucają nam media.

Cóż zatem te dane procentowe dla mnie znaczą? Pierwsza myśl, jaka mi przychodzi, to: „Czy Polacy zdają sobie sprawę, czym jest brak udziału w głosowaniach wyborczych?”. Osobiście sądzę, że nie zdają sobie sprawy. Mało tego, nie zdają sobie sprawy z istotności tego prawa obywatelskiego, a także z poświęceń, jakie zostały złożone, by ową wolność oni posiadali. Jeśli chodzi o moje podejście względem ludzi, którzy tak łatwo i beznamiętnie z tego prawa rezygnują, to… po prostu jest mi ich żal, a także napełnia mnie to dość sporą goryczą. Dlaczego? Choćby dlatego, że owe prawo do głosowania, do ustalania demokratycznie wybranych władz, było niejednokrotnie tak pożądane przez miliony naszych przodków, którzy na szali gotowi byli postawić swoje własne życie, by tę wolność wywalczyć. Kim zatem są współcześni, którzy mówią „i tak nie ma na kogo głosować”? No tak, najłatwiej zaspokoić swoje, wątpliwe zresztą, sumienie taką pierdołą. Otóż jest na kogo głosować, a jak uważasz inaczej, to rusz swe cztery litery i choć postaraj się to zmienić. Jak? Dawniej ludzie przejawiali ogromny zmysł i staranność, jeśli chodzi o zrzeszanie się w grupy o ustalonych wspólnych celach, czy poglądach. Sądzę, że właśnie dlatego, że nie mieli tych praw, które my mamy obecnie. Dziś po prostu się wszystkim w dupach poprzewracało. Potrafią nadzierać się na ulicy, jak jest mecz lokalnej drużyny, walczyć o prawo do eutanazji, aborcji i innych pomniejszych kwestii społecznych, walczyć o dwa zbite ze sobą kawałki drewna ustawione w miejscu publicznym, o rozgłośnię radiową, o wolność masturbacji przy ulubionych pornosach, zaś gdy chodzi o kwestie poważne, jak gospodarka, służba zdrowia, system emerytalny, bezrobocie, jawią się ci ludzie jako upośledzone, nic nie wiedzące, mające absolutnie zerowe pojęcie bydło, które potrafi, niczym modlitwę powtarzać „i tak nie będzie lepiej”. Otóż drogie bydlęta, czy jesteście naprawdę tak ograniczonymi ssakami, które potrafią mieć własne zdanie w kwestiach, których poznanie zajmuje kilkanaście minut, czy naprawdę pomiędzy wklejeniem kolejnego zdjęcia swojego jakże przepięknego posiłku, nie możecie zainteresować się dla odmiany czymś, co ma znaczenie? Nie twierdzę, że wklejanie zdjęć jedzenia, kotów etc., jest w istocie czymś złym, jednakże warto by było pomyśleć także o innych zajęciach. Czy naprawdę multimedia wyżarły jakąkolwiek, jak wierzę, wrodzoną człowiekowi potrzebę wiedzy i rozwoju na rzecz trzaskania fotek w windach, na schodach, mostach, śmietnikach i innych debilnych miejscach? Widocznie tak, czego idealnym obrazem jest system tak zwanego „lajkowania” na FB. „Napisz, że się wysrałeś i schudłeś o 3kg, staniesz się społecznościowym bogiem” (– Dziękuję Bartoszowi Karpińskiemu za ten wspaniały przykład, chylę czoła). Napisz, że martwisz się czy będziesz miał co jeść na starość, może dwóch rozmówców podejmie temat? Broń Boże nie wylewam tutaj swoich żalów. Cenię sobie jednego obytego rozmówcę bardziej, niż tysiące lajków ze strony osób, które nie mają swojego zdania. Ostro? Owszem ostro. Nie celuję tutaj w nikogo, bowiem uważam, że każdy sam powinien zadać sobie takowe pytanie, czy część z powyżej opisanych kwestii dotyczy mojej osoby?

Schodząc trochę z tego pełnego goryczy tonu, stwierdzam, że obecnie nasz naród nie jest grupą, która może się szczycić. Oczywiście, jestem ogromnie dumny, gdy słyszę o polskich wynalazkach, o nowych ruchach społecznych, o osiągnięciach naszych sportowców, mimo, iż sportem się nie interesuję. Dlaczego? Bo wiem, że niezależnie od dziedziny, ludzie Ci włożyli ogromny wysiłek, by odnieść sukces, by móc się cieszyć swoimi osiągnięciami, a przy okazji nadać powód do dumy dla swych rodaków. Nie wymagam niczego, od nikogo. Uważam, że każdy powinien sam zadecydować o tym, czy chce się w jakikolwiek sposób rozwijać. Jeśli stwierdzi, że chce, gratuluję. Tylko wyrażam swoją opinię.

Zszedłem nieco z tematu, spójrzmy zatem znów na kwestie wyborcze. Czy naród, którego połowa ma gdzieś, łagodnie mówiąc, losy swojego kraju zasługuje na suwerenność? Każdy z Was musi odpowiedzieć sobie sam. Nie chcę być tutaj czynnikiem decydującym, jednakże sam fakt stawiania takiego pytania wzbudza we mnie pewne wątpliwości. To czy obecne podejście jest zdrowe, jak spytałem na początku mojego wywodu, wywnioskujecie z pewnością sami, choćby po tonie tego artykułu. Jako naród uważam, że jesteśmy obecnie słabi. Potrafimy śmiać się z innych, nazywając Amerykanów idiotami, podczas, gdy u nich ani jednej książki rocznie nie czyta 25% społeczeństwa, a u nas… ponad 60%. Któż tu jest takim idiotą? Oczywiście istnieje wiele materiałów wideo ośmieszających Amerykanów, jednakże z ogromną łatwością można to samo zrobić z Polakami, a także większością współczesnych narodów. Pokolenie informacji, czy pokolenie głupoty? Po raz kolejny odpowiedź pozostawiam Wam, moi drodzy.

Na jedno pytanie jednak odpowiem, mianowicie na te, które postawiłem w tytule niniejszego artykułu. Czy Polacy są narodem na skraju? Tak, zdecydowanie są. Jesteśmy grupą skłóconych ze sobą, nienawistnych burzycieli, którzy więcej energii poświęcają mało istotnym zjawiskom, zamiast wykorzystywać ją, by zaprowadzić lepsze jutro dla następnych pokoleń. Ach, cóż za patos. Na koniec, tradycyjnie, cytat dający do myślenia, tym razem od pewnego Polaka, który dla wielu z Was jest kimś naprawdę wielkim, dla mnie nie w każdym względzie, jednakże zgadzam się z nim w pełni:

„Niech wspa­niałe świadec­twa miłości Oj­czyz­ny, be­zin­te­resow­ności i he­roiz­mu, ja­kich ma­my wiele w naszej his­to­rii, będą wyz­wa­niem do zbioro­wego poświęce­nia wiel­kim na­rodo­wym celom.”

– Karol Wojtyła

 

Reklamy

O wolności ludzkiej woli…

Image

Dzisiejszym tematem rozważań będzie wolna wola. Czy człowiek posiada wolną wolę tak, jak uważa m.in. Kościół Katolicki? Czy tylko i wyłącznie my jesteśmy odpowiedzialni za nasz los? Czy w dowolnej chwili możemy podjąć dowolną decyzję na każdej płaszczyźnie? Na te i inne pytania postaram się odpowiedzieć poniżej. Zapraszam do lektury.

Podczas dzisiejszych rozważań wspierał się będę literaturą, jednak nie będę przytaczał jej dosłownie, lecz przelewał poglądy na bardziej zrozumiały język. Dokładniej mam na myśli dzieło niemieckiego filozofa – Arthura Schopenhauera pt. „O wolności ludzkiej woli”. Temat poruszałem już w innych publikacjach, na innych stronach, jednakże dziś postaram się przedstawić go najrzetelniej i najbardziej zrozumiale, na ile się da.

Wolna wola. Jej powszechne rozumienie oparte jest na zasadzie: „Mogę czynić, co chcę, kiedy chcę, gdzie chcę, jak chcę etc.” Jeśli chodzi zaś o podejście naukowe istnieje system współzależnych komponentów określających działania jednostki i fakt, czy podejmowane są one pod wpływem czynników zewnętrznych, jak i wewnętrznych, czy tylko jednych lub drugich. Kwestia ta, wydawałoby się, prosta, jest w gruncie rzeczy złożonym procesem psychologiczno-poznawczym opartym o szereg komponentów, przedmiotów i podmiot podejmujący owe procesy.

Podmiot to osoba, czyli człowiek. Przedmiot to obiekt, usługa, wydarzenie etc., względem którego podmiot podejmuje procesy psychiczno-poznawcze będące przedsionkiem decyzji. W kwestii wolnej woli i tego, czy faktycznie jest taka wolna, trzeba skupić się na tym, co jednostka posiada a priori – wrodzone – czyli charakter, podniety oraz tym, co a posteriori – nabyte, poznane – czyli pobudki, motywacje zewnętrzne. Charakter jest czynnikiem wewnętrznym, kształtuje się przez procesy socjalizacyjne i wrodzone skłonności ludzkie. Podniety, zależne są niejako również od charakteru, socjalizacji i wrodzonych cech ludzkich. Są to swego rodzaju popędy, które powodują chęć podjęcia działania mającego na celu zaspokoić dążenie przez ową podnietę wywoływane. Jeśli zaś chodzi o czynniki empiryczne – poznawane, pochodzące z zewnątrz, skupić trzeba się na przedmiocie dążeń, który opisałem powyżej, a także zewnętrznych motywach działań np. karach i nagrodach, osobach dla nas ważnych etc.

Wszystkie wyjaśnione w powyższym akapicie komponenty biorą udział w procesach poznawczych, psychologicznych, a co najważniejsze, w decyzyjnych. Są to zatem czynniki, które koniecznie trzeba wziąć pod uwagę przy rozstrzyganiu problemu wolnej woli. By zakończyć owe naukowe teoretyzowanie, przytoczę pewien przykład.

  • Wyobraź sobie, że kończysz swoją zmianę w pracy. Masz kilka możliwości – na potrzeby przykładu – możesz iść do kina, do muzeum, na zakupy, do domu lub wyjechać z miasta/wsi i nigdy nie wrócić. Stoisz za drzwiami zakładu pracy i wydaje Ci się, że wszystkie te możliwości są w zasięgu ręki i to TY i Twoja wolna wola jesteście jedynym decydentem w kwestii wyboru jednej czynności z powyższej listy.

Zastanówmy się teraz, czy faktycznie tak jest? Zaczynając od końca – czy wyjedziesz z miasta/wsi i nigdy nie wrócisz? Jest to wysoce nieprawdopodobne, jeśli masz tutaj dobrą pracę, rodzinę, przyjaciół i wiele innych czynników zewnętrznych, które powodują chęć, pobudkę, która wyłącza tę opcję z racjonalnego wyboru. Jeśli nie lubisz historii, do muzeum też nie pójdziesz. Jeśli nie stać Cię na kino, bądź nie masz wystarczającej ilości wolnego czasu – kino odpada. Pozostają zakupy i pójście do domu. Tutaj pojawiają się kolejne komponenty mające wpływ na wybór którejś z tych opcji. Czy potrzebujesz coś kupić? Czy masz na to energię, pieniądze etc.? Jeśli nie, pozostaje wracać do domu, czekać na wypłatę i odpocząć na tyle, na ile pozwala Ci czas.

Podsumowując opisany przykład. Pozorna wolność wyboru w zderzeniu z czynnikami zewnętrznymi – pobudkami, motywacją oraz wewnętrznymi – zmęczeniem, bądź nie, czyli podnietami, a także charakterem, staje się opcją jednej drogi, którą to drogę niezaprzeczalnie wybierzesz. Co zatem obrazuje powyższy przykład? Fakt, że wybór, który przed Tobą stoi, jest w gruncie rzeczy ułudą, która pozornie przedstawia możliwości wyboru, jednocześnie ograniczając je przez czynniki wew. oraz zew., pod których wpływem dopiero, wydaje się, że podejmujesz własną decyzję. Jednak, czy w opisanych okolicznościach, ta decyzja jest naprawdę wolna w pojęciu idealistycznym? Otóż nie. Pozorna wolna wola zawsze sprowadza się do tego, co w danej chwili na Ciebie wpływa. Innymi słowy człowiek jest stworzeniem pozornie wolnym, co daje mu komfort psychiczny, a jednocześnie „więźniem” podniet, pobudek, charakteru czy motywacji zewnętrznych. To właśnie ich mieszanka powoduje, że podejmujemy taką, a nie inną decyzję.

Nie mam zamiaru unaukowiać tego artykułu masą definicji, rozkładaniem tego na czynniki, naprawdę, pierwsze, bo nie o to tutaj chodzi. Jaka jest zatem odpowiedź na zadane pytania? Po kolei.

  • Nie, człowiek nie posiada wolnej woli, tym bardziej, takiej, jak rozumie to KK.
  • Nie, nie tylko my, choć również nasz umysł jest istotny, ale istnieją czynniki zewnętrzne, pełniące istotną rolę, na równi z wewnętrznymi, które są w nas. Co do kwestii losu, choćby, równie pozornie wolne, działania innych osób mogą zmieniać nasz los – gwoli ścisłości.
  • Nie, w danej chwili jesteśmy w stanie podjąć jedyną decyzję w oparciu o wspomniane wyżej czynniki. Wybór jest złudny, bowiem owe czynniki spowodowały, że ta jedna, jedyna droga, będzie przez nas obrana, zanim zadaliśmy sobie pytanie „co robić?”

Czy jest cień szansy, że wolna wola jednak istnieje? W rozumowym podejściu niestety nie. Człowiek, jako istota postrzegana rozumowo, naukowo, nie posiada wolnej woli (co zapewne rodzi ogrom pytań natury etycznej, bowiem czy można np.  karać mordercę, skoro nie robił tego z własnej, wolnej woli?). Jednakże, trzeba podkreślić, że istnieje pozarozumowe postrzeganie wolnej woli, w którym to jest ona pojęciem transcendentalnym, niemożliwym do pojęcia przez umysł ludzki, jak np. definicja koloru, czy wyobrażenie sobie nicości. Tylko w idealnym, czystym świecie, w którym człowiek nie ma swojej natury wrodzonej, nabytych cech, doświadczeń i innych właściwości zewnętrznych, można stwierdzić, iż posiada wolną wolę. Nasz świat niestety taki nie jest i nigdy nie będzie. Wolną wolę zatem między bajki włożę.

Mam nadzieję, że dotrwaliście do końca, że Wam się spodobał mój artykuł i skłonił do przemyśleń. Jeśli macie jakieś pytania, uwagi, pytajcie, piszcie – czy to w komentarzach na blogu, czy na FB. Jak zawsze zapraszam do konstruktywnej dyskusji. Klasycznie cytat na koniec:

La liberté est un mystère” Nicolas Malebranche


Ogród słów. Miłość, tęsknota, sztuka.

                Dzisiejszy wpis będzie nieco nietypowy, biorąc pod uwagę dotychczasową tematykę mojego bloga, jednakże prawdziwa sztuka zasługuje na uznanie. Uznanie, jakie postaram się przelać w postaci literek, w tym oto artykule. Miłość, deszcz, pragnienia, nadzieje, piękno i emocje tak pełne, że nie mogą nie urzec. Zapraszam do lektury.

                Dziś dane było mi obejrzeć kolejną animację z warsztatu wspaniałego Makoto Shinkai. Tak, jest to anime – które niektórym kojarzy się wyjątkowo źle z racji tego, że gatunek ten jest tak szeroki, jak sama kinematografia. Porównanie wydaje mi się trafne, ponieważ twory tego typu mają różny poziom intelektualny, graficzny, artystyczny, a czasami wręcz są tak porąbane, że dla przeciętnego Europejczyka wydadzą się surrealistyczne. W przypadku Makoto Shinkai jest zdecydowanie inaczej. Człowiek ten jest mistrzem wzbudzania określonych stanów uczuciowych, za pomocą jego wspaniałej formy przekazu, jaką jest film animowany. Broń boże nie kojarzcie tego z bajką, czy czymś równie degradującym poziom tej formy sztuki. To jest sztuka przez duże S. Dla kogo jest kierowana? Dla dojrzałego odbiorcy, który gotów jest odciąć się od rzeczywistości na te niecałe 46 minut, oddać uwagę, serce i rozum, rozkoszując się tym, co widzi na ekranie. Tak, to nie jest zwykły zachwyt, porównywalny do czegoś, co czujemy po dobrym filmie.

                Ów twór, który obejrzałem zwie się The Garden of Words. Trwa wspomniane 46 minut, podczas których doświadczymy szerokiego spektrum uczuć i wrażeń. Począwszy od zachwytu pięknem natury, przez detale, których Makoto jak zwykle nie szczędzi, aż po sam wątek fabularny, opowiadający o zakazanej miłości między uczniem a nauczycielką. Po raz kolejny Shinkai serwuje smutną historię, która kończy się… Nie, tego Wam nie zdradzę, żadnych spoilerów. Wydawałoby się wręcz niemożliwe, że animacja może dostarczyć tak głębokich wrażeń, które bardzo rzadko powodowane są przez nawet najlepsze filmy, z najlepszymi aktorami. Tak, do tej pory w to nie wierzę, mimo iż każdy twór mistrza o tym z całą pewnością zaświadcza.

                Nie jestem maniakiem anime, nie będę porównywał tutaj Ogrodu Słów do innych animacji. Mało tego, nie znam się na tym za dobrze. Mimo to, z niecierpliwością czekam na twory M.S. Nigdy się nie zawiodłem i mam nadzieję, że nigdy to się nie stanie. Człowiek ten potrafi pokazać dążenie do realizacji, pragnienie tak silne, że jeśli nie podążymy za nim, odczujemy, jakby ktoś wyrywał nam serce. Cóż bardziej ogłupia człowieka, steruje nim w większy sposób, jak nie pragnienie? Nawet jeśli pragniemy rzeczy zakazanych, z rozumowego punktu widzenia wręcz nierealnych, to dopóki nie podążymy za sercem, nie zaznamy spokoju. Shinkai jest królem wywoływania smutku i przede wszystkim tęsknoty. Tęsknoty powodowanej przez rzeczywistość, która może nas ograniczać nawet tak zwykłym wydarzeniem jak deszcz… czy jego brak. Dwoje ludzi, spotykających się w parku za każdym razem, jak pada deszcz. Ona ma 27 lat, on 15. Co ich łączy? Trudno powiedzieć. Nie wiedzą przez większość czasu o sobie praktycznie nic. Łączy ich spędzanie wolnego czasu w deszczowe dni. Niezobowiązujące, lekkie, pełne wzajemnego rozumienia i rozwoju. On jest dla niej lekiem, ona zagadką, która wciąga go coraz bardziej. Z dwojga nieznajomych do zakochanych tak mocno, że bardziej się nie da. To tyle odnośnie fabuły.

                Naprawdę trudno ubrać w słowa to, co powoduje Makoto Shinkai u swoich widzów. Jest on niczym bardzo wnikliwy psycholog, humanista, który zna się na uczuciach, interakcjach międzyludzkich, który ukazując detale i z pozoru niezwiązane z niczym kadry, wsysa widza w świat przedstawiony. Ponadto utożsamianie się, wczucie się w sytuację, w jakiej znajdują się bohaterzy następuje tak szybko i automatycznie, że już od pierwszych minut nie można oderwać wzroku od telewizora. Immersja jest niesamowita, głęboka i wspaniała, bo dzięki niej czujemy to, co bohater, widzimy świat jego oczyma i doznajemy wrażeń zbliżonych do niego. Nie wiem, kiedy poza filmami Makoto Shinkai tak czułem, być może nigdy. Jest to artysta jedyny w swoim rodzaju, artysta doskonały.

                Nawet, jeśli nie lubisz anime, nie ważne, obejrzyj Ogród Słów. Animacja warta tysiąca filmów, emocje warte tysiąca książek, wspaniały pomysł na spędzenie 46 minut życia, czując w pełni.

The Garden of Words…


Religia a wolność społeczna, jednostki i życie publiczne.

Okres świąteczny skłonił mnie do przemyśleń na temat religii a życia publicznego, religii a prawa oraz religii a wolności jednostki. W dzisiejszym artykule poruszę wszystkie te trzy kwestie, odnosząc się w libertariańskim, czy wręcz libertyńskim tonie do zależności między nimi.

Religia, a życie publiczne. Przede wszystkim kwestią, która jest najbardziej odczuwalna jest fakt, że dzięki świętom katolickim, ustalone są dni wolne od pracy. Zrozumiałe jest to w kraju takim, jak Polska, gdzie większość obywateli deklaruje się jako katolicy. W teorii państwo świeckie nie może pozwolić na to, by jedno wyznanie dyktowało dni wolne od pracy, a inne takich dni nie posiadało. Mimo to, z perspektywy praktycznej, i ateiści i wierzący są zadowoleni, bo kto nie lubi wolnego czasu? Drugą sprawą są kościoły, które istnieją dla swych wiernych. Jeśli ziemia jest w rękach kościoła, to wszystko jest w porządku. Denerwującym jest fakt ulg podatkowych, jakie kościołowi przysługują. Jest to społecznie niesprawiedliwe i wręcz skandaliczne, że tak bogata instytucja, jaką jest Kościół Katolicki (KK), nie odprowadza podatków. Powinno się to jak najszybciej zmienić. Czy jak ja założę firmę i okrzyknę się wierzącym w latające spodki, to ktoś da mi tę ulgę? Ano nie, stąd równość względem podatków powinna być ustalona bez wyjątków, z racji na sprawiedliwość społeczną. Kolejną kwestią jest obecność KK w mediach. Rozumiem, że w mediach o profilu religijnym programy są dostosowywane do obrządków katolickich i ich kalendarza. Jednakże programy religijne w mediach świeckich? Totalna bzdura. Czy ateistę interesuje zmartwychwstanie jakiegoś cieśli ponad dwa tysiące lat temu? Nie sądzę. Oczywiście na szczęście istnieje szerokie spektrum kanałów. Poza tym to właściciel medium decyduje, co emituje, zatem tutaj sprawę wyjaśnia własność prywatna i rozrządzanie nią według upodobań. Religii z TV wyrzucać prawnie nie można. Kwestie ekspozycji religii w sferze publicznej również nie mogą być ograniczane dopóki, dopóty nie jest ona narzucana osobom, które tego nie chcą vide: świadkowie Jehowy, których tak skutecznie KK oczernia i próbuje zniszczyć. Osobiście lubię z nimi porozmawiać, bo po 5 minutach rozmowy SAMI decydują, że chcą już iść, gdy wyśmiewam ich wierzeniowego szatana – ONZ – mówiąc, że mój dziadek był starszy od ich diabła. To tyle dygresji. Reasumując, dopóki nikt mi nie wmusza religii w żadnej sferze życia publicznego, dopóty mnie to nie przeszkadza, pakujcie koszyczki i do święconki.

Religia a prawo. Tutaj musimy powiedzieć stanowczo. Żadnej religii w prawie. Niestety w Polsce taki stan nie zaistniał. Nasze prawo jest bardzo przesiąknięte dogmatami katolicyzmu. Poglądy na temat aborcji, eutanazji, wolności zażywania substancji, jakiejkolwiek maści, są w typowo konserwatywny sposób zabronione. Oczywiście, bo papierosy i alkohol nie szkodzą i nie zabijają, a heroina tak. W prawie polskim istnieje jedna moralność – katolicka. Osoba świecka, której wartości moralne są bardziej liberalne, czuje się w tym kraju, niczym w więzieniu. Mało tego, dysputy dotyczące tych jakże drażliwych, przez to popularnych tematów opierają się zazwyczaj na sproszeniu osłów z sejmu – PiS kontra SLD, względnie Ruch Palikota. Innymi słowy niewykształceni w tej tematyce idioci kłócą się z innymi idiotami, bezustannie nawiązując do historii, a drudzy do innych krajów. Poważne podjęcie tematu powinno odbywać się w gremium przedstawicieli religii obecnych w Polsce, a także teologów i przede wszystkim filozofów świeckich. To chyba nigdy nie nastanie. Jacy politycy, takie prawo. Dopóki politycy będą w większości katoliccy, prawo będzie przesiąknięte moralnością katolicką i nie będzie akceptowało odmienności światopoglądowej, a szkoda. Dążąc do ideałów wolnościowych prawo powinno być liberalne i opierać się na moralności wewnętrznej jednostki, oczywiście z zastrzeżeniem czynów wpływających na wolność innych jednostek.

Czy osoba wierząca jest wolna? To bardzo filozoficzne pytanie. Odpowiedź zależy od poglądów, toteż przyznaję, że odniosę się do moich poglądów. Według mnie – zależy. Jeśli jesteś wierzącym katolikiem i zdajesz sobie sprawę, że spowiedź świętą ustanowił kościół w średniowieczu, by wiedzieć, co się dzieje w umysłach ludzi i kogo spalić na stosie za czarowanie, i z tego powodu do spowiedzi nie chodzisz, to brawa dla Ciebie. Pytanie pozostaje jedno, skoro uznając się za katolika przestrzegać musisz wszystkich zasad KK, to czy unikanie spowiedzi nie przekreśla Cię w tej roli? Zapewne tak, możesz siebie zwać zatem chrześcijaninem – bardzo dobry wybór. Co innego, w kwestiach wolności jednostki, w przypadkach osób, które w stu procentach wykonują zalecenia KK i żyją według nich. Z perspektywy filozoficznej są więźniami tych postanowień, lecz oni czują się wolni, ponieważ myślą, że robią to według swojej wolnej woli, której nie posiadają – przedstawię poglądy na temat „wolnej” woli u ludzi… i nie tylko, w przyszłym tygodniu, w kolejnym artykule. Prawdziwie wolną jednostką w zakresie takim, na jaki pozwala nasz umysł, jest osoba niewierząca, która sama decyduje, jakie wartości wyznaje, niejako tworząc świecką wersję religii, a mianowicie kręgosłup moralny. Każdy bowiem może decydować, co według NIEGO jest dobre, a co złe. Oczywiście istnieją granice, które na szczęście reguluje prawo, więc bez obaw – nie będzie masowych mordów, bo ktoś uzna to za coś pozytywnego. Poza tym uważam, że człowiek nie potrzebuje religii, by być dobrą istotą. Moralność mamy wrodzoną, mamy na tyle rozwinięty umysł, że umiemy postawić się na miejscu osoby krzywdzonej, by wiedzieć, że to krzywdzenie jest złe. Dla kogo zatem jest religia, jak to się stało, że nadal zbiera takie plony na świecie? Religia daje nadzieję, której osoby o słabym charakterze potrzebują. Obietnice. Jeśli będziesz wykonywał to i to, dostaniesz życie wieczne w pełnym szczęściu. Dobry biznes, co? Godzina tygodniowo w zimnym budynku, a po śmierci szczęście w transcendentnej wieczności. Tylko jednostki o przenikliwym umyśle, mocnym charakterze, odwadze, którzy zadają sobie wiele pytań odnośnie swojego istnienia, potrafią się pogodzić, że po śmierci nie ma niczego, zostaje tylko worek rozkładających się komórek.

Tym razem nie będę podsumowywał, kwestia zbyt szeroka i złożona, poza tym wszystko jest opisane powyżej. Dodam tylko, co stało się powoli zwyczajem, kolejny mądry (dla mnie) cytat.

„Każdy myślący człowiek jest ateistą” Ernest Hemingway

PS: Zapraszam też do konstruktywnej dyskusji wszystkich zainteresowanych, czy tutaj w komentarzach, czy pod postem na FB.

 


Naród polski – od zdobywców Moskwy do Meksykanów Europy.

               Oglądając, dosłownie przed chwilą, film Paolo Sorretina pt. „La grande bellezza” pol. „Wielkie piękno”, natrafiłem na wątek Polek, które są zestawione do poziomu towaru w sklepie. Sklepem tym był dom publiczny, gdzie córka kierownika hali pyta podstarzałego głównego bohatera: „Szukasz dziewczyny? Mamy Polki”. Dalsze zgłębianie się w fabułę nie ma sensu. Tym, co mnie dotknęło, uraziło, jako Polaka, ale także skłoniło do przemyśleń i napisania tego artykułu, było pytanie, które pojawiło się w mojej głowie. Brzmiało ono: Co się stało? Proste pytanie, a odpowiedź? Odpowiedź jest materiałem na pracę, co najmniej, doktorską, jednakże w tym artykule, chciałbym podzielić się moimi przemyśleniami na ten temat. Czy uda mi się to zrobić dość komplementarnie, by wyczerpać temat? Wątpię. W każdym razie, przybliżę mój pogląd na sprawę najszczerzej i najdokładniej, na ile mogę sobie pozwolić. Zapraszam do lektury.

                Zacznijmy od tego, kim byliśmy, jako naród w przeszłości. Jako patriota i człowiek, który przez ogromną większość czasu jest dumny z bycia Polakiem, żyję historią, bowiem dumny mogę być z dokonań naszych przodków. Ludzi wielkich, odważnych, niezmordowanych w dążeniach, ludzi oddających życie dla Polski. Wróćmy jednak do samej historii naszej ojczyzny. Jesteśmy krajem położonym między dwoma mocarstwami, tak było, jest i prawdopodobnie będzie. Mimo tego faktu, jako jedyni zdobyliśmy Moskwę i zatrzymaliśmy najazd bolszewików na Europę. Choćby te dwa fakty pokazują, do czego zdolni jesteśmy (byliśmy?) jako naród. Nie mam zamiaru opisywać dokładnie historii, bo nie o tym chcę pisać w tym tekście. Przytoczyłem zatem dwa wydarzenia historyczne, które dla innych wydałyby się niemożliwe. Nasza waleczność i zawziętość militarna jest zresztą znana nie od dziś, na całym świecie. Z historii możemy być dumni, zawsze wierni sobie, postępowaliśmy zgodnie z sumieniem i naszą tradycją. Nikt nie może nazwać Polaków i Polski jako kraju mordercami, zbrodniarzami czy brutalnymi imperialistami, w przeciwieństwie do Niemiec, Francji, Rosji czy Wielkiej Brytanii. Cóż zatem się stało, że teraz jest, jak jest? Co stało się z tym narodem, który przeobraził się w Meksykanów Europy?

                Niestety opracowywana przez Brytyjczyków w 1945 roku operacja „Unthinkable” mająca na celu wyprzeć, poprzez działania zbrojne, sowietów co najmniej do linii łączącej Gdańsk z Wrocławiem, nie została wprowadzona w życie ze względu na przeważające siły zbrojne ZSRR i kilka czynników społeczno-politycznych. Polska stała się wasalem sowieckiego okupanta, wraz z NRD, którego zachodnia granica podzieliła Europę żelazną kurtyną na wolną i zniewoloną. W trakcie IIWŚ ci sami sowieci wymordowali w Katyniu nasze elity – profesorów, oficerów, artystów i księży. Wszystkie jednostki, które mogłyby obudzić polskiego ducha patriotyzmu w narodzie. Pod koniec wojny – Powstanie Warszawskie, któremu sowieci przyglądali się zza Wisły, czekając na jego wykrwawienie. Kolejne straty Polaków. Następnie przejęcie kontroli i wprowadzenie realnego socjalizmu do Polski na niecałe 50 lat.

                Po wojnie, bez elit intelektualnych i duchowych, z resztkami patriotycznych bojówek Armii Krajowej i Narodowych Sił Zbrojnych, które to zostały okrzyknięte przez sowiecką propagandę „zaplutymi karłami reakcji”, współpracującymi z nazistami na szkodę Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, zostaliśmy z niczym. Patriotów mordowano, socjalizm się pogłębiał i wzmacniał fundamenty. Staliśmy się krajem robotników, mentalnie więzionych niewolników, którzy to mimo pragnienia wolności, nie mogli nic zrobić wobec miażdżącego aparatu państwowego, pełnego bolszewickich fanatyków pokroju Jaruzelskiego.

                Pod koniec lat osiemdziesiątych nadzieje na wolność były coraz bardziej osiągalne. Okrągły stół, gdzie zasiedli razem komuniści wraz ze związkowcami dążącymi do zarejestrowania Solidarności przez sąd. Tutaj rozegrało się decydujące starcie, które to wpłynęło na nasze życie bardziej, niż mogłoby się to wydawać. Starcie, którego skutki odczuwamy do chwili obecnej. Mało tego, będziemy odczuwać je przez wiele następnych lat. Jedną z niewielu postaci, które nie sprzedały wtedy Polski był śp. Lech Kaczyński, którego to „koledzy” taplali swoje ręce w łajnie, poklepując po plecach Kiszczaka czy Kwaśniewskiego. Zamiast rozprawy z mordercami, przybili z nimi ugodę, która rujnuje nasz kraj do tej pory. Jaruzelski, Kiszczak otrzymują po 8000zł emerytury, podczas, gdy prawdziwi patrioci z Armii Krajowej dostają marne grosze w okolicach najniższej krajowej. Kto zatem śmie nazywać ten kraj WOLNĄ Polską?! Zamiast rozprawić się z mordercami, są oni aktywni w życiu społeczno-politycznym do chwili obecnej. Pseudo-solidarnościowy Michnik? Jego brat był sędzią wysyłającym AK-owców na śmierć. Wiemy już, dlaczego tak łatwo klepał Kwaśniewskiego po plecach i krzyczał do dziennikarzy „Odpierdolcie się od generała (Jaruzelskiego przyp. B.L.)”.

                Zamiast rozprawy, mamy komunistów w sejmie. Wprowadzili oni wespół ze sprzedawczykami Solidarności twór zwany kapitalizmem społecznym, w którym to pracujemy, jak w systemie kapitalistycznym, lecz nic z tego nie mamy, bo państwo obdziera nas, jak za czasów socjalizmu. Dlatego też na „kartce od wypłaty” widzicie 2500 brutto, a dostajecie 1800 netto, następnie kolejne 23% zabierane jest Wam przez podatek VAT, kolejne kilkadziesiąt procent to akcyzy na paliwo oraz artykuły alkoholowe i tytoniowe. Podatki od darowizny, od wygranej, od powietrza, ba, były nawet propozycje opodatkowania deszczówki! Po raz kolejny zostaliśmy sprzedani.

                Cóż zatem robić? Wyjeżdżać! Tak pomyślały przed paroma laty 2 miliony Polaków, którzy za chlebem wyjechali do świeżo otwartych granic Niemiec, Anglii czy Irlandii. Tam za najgorszą pracę otrzymywali dużo więcej pieniędzy, niż u siebie w kraju. Pracę wykonujemy dobrze, to nasza cecha narodowa. Zdają sobie z tego sprawę obcokrajowcy, którzy chętnie zatrudniali pracowitych Polaków. Łatka została przyszyta. Ze znikomą wiedzą o naszym kraju, wyrabiając sobie opinię na pracach wykonywanych przez Polaków, staliśmy się Meksykanami Europy. Ludźmi pracowitymi, pracującymi za stawki niższe, niż rodowici Anglicy, Niemcy etc. Czy to źle spytacie? Dla pracujących, uczciwych ludzi – NIE. Zarabiają godnie i uczciwie, a następnie przywożą pieniądze, by wydać je w ojczyźnie. Jednakże nie rozchodzi się o to. Dlaczego nie walczymy, jak niegdyś nasi przodkowie, by nie trzeba było wyjeżdżać za granicę do pracy? Gdzie zginął duch naszego narodu, który pod wpływem nacisku potrafił krzyknąć BASTA! i wyruszyć na ulice? Czy tak bardzo nijacy i przeciętni się staliśmy? Czy naprawdę musimy się godzić na wykonywanie najłatwiejszych prac za granicą, zamiast walczyć o godne życie w ojczyźnie? Czy tylko ograniczenie Internetu (ACTA) potrafi wywołać bunt i protesty? Czy Internet jest ważniejszy od godnych zarobków i komfortowego życia? Na te pytania musicie odpowiedzieć sobie samodzielnie. Przygnębiająca rzeczywistość pełna bezrobocia, zawiedzionych nadziei, zagubionych w nowych realiach ludzi, a także złości i smutku życia codziennego rozlała się po Polsce, jednakże nie wzbudzając wystarczającej nienawiści, nie uruchamiając sił ukrytych niegdyś w naszej naturze, nie wymuszając chęci zmian. Czy te 50 lat socjalizmu zabiło naszego ducha narodu?

Na koniec słowa zagorzałego wroga polskości Otto von Bismarcka, które mam nadzieję nie spełnią się ostatecznie: Dajcie Polakom rządzić, a sami się wykończą.”

 


Wolność – droga do anarchii czy prawo każdego człowieka?

Wolność – każdy wie, co to jest, a przynajmniej tak mu się wydaje. Każdy jej pragnie, a czasem nieświadomie nawet z niej rezygnuje. Czym jest wolność? Co człowiek dla niej poświęca, a dla jakich wartości ją poświęca? Jak powinna wyglądać wolność w kontekście społecznym? Jakie atrybuty powinny służyć jej obronie? Zapraszam do lektury…

Pojęcie wolności przez niektórych bywa źle rozumiane. Sądzą oni bowiem, że wolność to brak ograniczeń, robienie tego, na co ma się ochotę. Prawdziwie postrzegana wolność nie kończy się na wolności danej jednostki. Trzeba widzieć ją jako pojęcie w skali makro. Nie jesteśmy sami na świecie. Tutaj też pojawia się kolejny wątek – wolności zbiorowości. Co wyznacza granice? Jak daleko może posunąć się jednostka w swej wolności, będąc świadoma obecności innych? Odpowiedź jest bardzo prosta. Tak daleko, aż nie ogranicza wolności innego człowieka. Skracając: Wolność człowieka kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność innej osoby. Niczym nie skrępowana wolność prowadzi do anarchii, w której jednostki mogą ograniczać czyjąś wolność np. przy użyciu szeroko rozumianej siły. Prawdziwa wolność w społeczeństwie musi być ograniczana prawem. Mogłoby się wydawać, że prawo będzie ograniczeniem tej wartości. Wrażenie te jest zdecydowanie mylne. Prawo jest stróżem wartości, który dba, by jedna osoba nie ograniczała wolności drugiej osobie, do czego mogłoby dojść, gdyby tego stróża nie było – wtedy silniejszy mógłby wykorzystywać swą przewagę, by krzywdzić innych.

Jeśli mówimy o postrzeganiu wartości w otoczeniu innych jednostek, w kontekście społecznym, należy te wartości potraktować w odniesieniu do polityki. Polityka bowiem kreuje prawo, które jak wcześniej zauważyłem jest jedynie stróżem wartości. Od prawa do lewa politycy wykrzykują swoje opinie odnośnie wartości, ponoszą oni pełną odpowiedzialność, jak dane wartości będą wykreowane w kontekście społecznym. Którzy z nich mają rację? Ile wolności jest dobre, a gdzie zaczyna się przesada? Moje widzenie tej wartości przedstawiłem powyżej, nawet skoncentrowałem je do jednego zdania. Uważam, że człowiekowi nie jest potrzebne 10 przykazań, wystarczy te jedno zdanie, które odpowiednio rozumiane zastępuje cały Dekalog i o wiele więcej. Religia nie jest potrzebna do prawidłowego postrzegania świata, uważam, że ta cząstka, w której myślimy o oddziaływaniu na świat, na innych ludzi, jest w człowieku od momentu narodzin. W procesie socjalizacji, jak każda inna cecha, może ona zostać wykolejona, wypaczona. Wypaczeniem tym, i tutaj wracamy do kontekstu politycznego, jest poświęcanie wartości jaką jest wolność na poczet innej wartości – bezpieczeństwa.

Obecnie media co wieczór straszą nas tym, jaki świat jest okrutny, taka jest zresztą ich rola. Media są bowiem czwartą władzą. Jeśli media są w rękach władzy, to potrafią w ogromnym wymiarze kształtować w odbiorcach postrzeganie społecznej rzeczywistości, ba, potrafią wykoleić widzenie całego świata – przykładem jest Korea Północna. Wracając do Polski, widząc te okropne rzeczy codziennie we wiadomościach, zaczynamy się obawiać. Na tym też zależy politykom, którzy poprzez media kreują zapotrzebowanie na ich obecność, na obecność władzy. Skoro tyle złego jest na świecie, to ktoś musi nas przed tym obronić, prawda? Otóż nie, to nie jest prawda. Człowiek od zarania dziejów bronił się sam i jakoś przetrwaliśmy do teraz. Dopiero wszelkiej maści socjaliści zaczęli wmawiać, że to władza ludu, która tak naprawdę jest wyselekcjonowaną grupą trzymającą władzę, jak i wolność w swych rękach, potrafi zapewnić nam owe bezpieczeństwo. Wolny człowiek musi posiadać prawo do samoobrony i na pewno nie w takim układzie prawnym, jaki funkcjonuje obecnie.

Jak zauważyłem wcześniej prawo jest stróżem m.in. wolności, jednakże jak każdy stróż, nie jest idealne. Tutaj pojawia się obrona wolności w wymiarze dodatkowym, który winien być wymiarem podstawowym – samoobrony. Jednostka musi posiadać narzędzie do obrony swoich wartości i dóbr, swej własności i osób, na których im zależy. Obecnie tego nie posiada. Nie można skutecznie się bronić przed ograniczeniem wolności przez osoby trzecie. Jest tylko oficjalny stróż, jako organ państwowy. Podstawowego stróża, jakim jest człowiek dla samego siebie – nie ma.

Wracając do poświęcania wolności na rzecz bezpieczeństwa. Demokratyczne narody oddają świadomie wolność władzy, by zwiększyć bezpieczeństwo. Zależnie od systemu poziom ograniczenia wolności bywa różny. Skrajnością jest dyktatura socjalistyczna, a z drugiej strony barykady anarchizm. Skrajności są złe, nic nie jest czarne lub białe. Jaki wskaźnik wybrać zatem? Pytanie posiada prostą, logiczną odpowiedź. Prawo jako strażnik tworzony na podstawie oczekiwań większości, chroniący przed czynami uważanymi przez wszystkich za złe. Nic więcej – przynajmniej ze strony władzy. Dodatkowym obowiązkiem musi stać się możliwość skutecznej obrony siebie i własnej wolności przed jednostką silniejszą. Potrzeba „wyrównywacza” ang. equalizer. Tym środkiem jest prawo do posiadania zarejestrowanejj broni, za pomocą której w uregulowany prawnie sposób możemy bronić siebie i innych przy okazji.

Reasumując myśli wytoczone w tym artykule. Wolność jest prawem każdego. Wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność innego człowieka. Prawo musi bronić wolności obywateli. Obywatel musi posiadać prawo obrony we własnym zakresie przy użyciu zorganizowanych prawnie narzędzi. Poświęcanie wolności na rzecz państwowo zapewnianego bezpieczeństwa jest błędem i prowadzi do ograniczenia pierwszej wartości, dając jedyne złudne zapewnienie drugiej. Podstawą jest dbanie o samego siebie w obronie wartości. Prawo musi to umożliwiać, jak i wspomagać własnymi organami dążenie do tej ochrony.

Zakończę swoją wypowiedź mądrym i jakże prostym w swej strukturze cytatem:
„Wol­ność to pra­wo czy­nienia wszys­tkiego, co nie jest zabronione.” 

Monteskiusz